June 13, 2016

Na wsi


Wiatr pałęta się wśród gałęzi dostojnej lipy. Jej kwiaty już czekają na hasło, aby zakwitnąć i miodowym zapachem wypełnić przestrzeń. 3 lata temu byłam w czerwcu w Kiszyniowie, stolicy Mołdawii. Pamiętam, że lipowe aleje wypełniające powietrze miodowym słodkim i wręcz odurzającym zapachem szczególnie utkwiły mi w pamięci i od tej pory kojarzą mi się z tym miastem. 
Znowu gościmy z Ludwiczką na wsi. Świeże powietrze niesamowicie nam pasuje: mała Lu chętniej śpi w dzień (nawet dwa razy, co jej się w Warszawie bardzo rzadko zdarza), ja wygrzewam się na słońcu. Efekty widać już po dwóch dniach. Nad nami lazurowe niebo z białymi pulchnymi obłokami, ptasie trele, turkot traktorów, od czasu do czasu pokrzykiwanie bażanta w zaroślach. Chyba z wiekiem, albo może precyzując odkąd zostałam mamą, coraz bardziej lubię wieś. Zawsze ją lubiłam, a teraz jeszcze szczególniej. Perspektywa spędzenia całego dnia poza domem bez konieczności specjalnego celebrowania "wyjścia" z domu jest niebiańska. Wieje, to wracam się po czapeczkę. Świeci słońce to wkładam Małej krótkie spodenki. Bez zbędnych przemyśleń, wszystko staje się spontaniczne, wręcz naturalne. Małej niczym piwonie w sezonie zakwitły na policzkach pąsowe rumieńce, od słońca, wiatru i powietrza. Z apetytem je wszystko co jej podsuwam warzywa, owoce, kasze i kawałki mięska. Kiedy trzymam ją za rączki to ochoczo robi kroki do przodu. Coraz częściej puszcza się bezpiecznych barierek i kilka sekund stoi bez asysty.  
Rośliny, multum roślin. Od prowansalskiej lawendy, przez wachlarz rozmaitych kolorowych kwiatów, których nawet nazw wszystkich nie znam, aż po pięć odmian mięty i grządki innych aromatycznych ziół - wszystko to tworzy atmosferę tajemniczego ogrodu. Jasne ściany i drewniane podłogi. Plus pokaźna kolekcja kubków i filiżanek, taka, iż za każdym razem można napić się kawy w czymś innym to bajka. 
W zeszłym tygodniu obchodziłam moje kolejne urodziny. Od Córci dostałam w prezencie kolejnego ząbka, który wyrósł obok górnej prawej jedynki. W dodatku jest na tyle miła, iż dobitnie, pozwala mi poczuć iż wszystkie jej zęby rosną w siłę. Nie pytajcie jak, wierzcie mi na słowo. 
Nie skończyło się na tym jednym prezencie. Od niedawna za sprawą mojego męża zachwycam się hinduską kuchnią. Jest nieziemsko przyprawiona, kolorowa i zdrowa. Będąc w hinduskiej restauracji, wieczorową porą, Ludwisia dostała do rączki placek naan. Była już dosyć zmęczona, ale dzielnie dziamoliła ząbkami placek. Po pewnym czasie, kiedy wyglądała już na mocno niezainteresowaną jedzeniem mąż wyjął jej delikatnie z rączki resztkę placka. Mała, waleczna od urodzenia, od razu się obruszyła. Dostała go z powrotem, ale będąc już bardzo śpiącą otworzyła tylko dzióbek, bo nie miała siły wziąć go do ręki. Wróciliśmy do rozmowy, jemy i delektujemy się hinduskimi specjałami, spoglądam na Ludwiczkę a ona śpi! co w tym nadzwyczajnego? A to, że zasnęła sama bez naszej pomocy pierwszy raz w życiu. Brawo! Dzięki Córciu za spokojne zjedzenie kolacji :) Dodam jeszcze na zakończenie, że hinduska kuchnia potrafi też być paląco ostra. Przekonałam się o tym podczas wyżej wspomnianej kolacji kiedy to kelnerka pomyliła moje zamówienie z zamówieniem męża, a ja bardzo już głodna jako pierwsza rozpoczęłam ucztę mając maksymalnie ostrą i wręcz szokującą "przyjemność" degustacji dania oznaczonego 3 papryczkami w karcie (sugerującego maksymalną dostępną ostrość w tej restauracji). Wniosek? warto było poznać ten smak, aby już nigdy w życiu go nie powtórzyć ;)

1 comment: