December 17, 2015

Znaczek i drewniany konik



Miałam dziś bojowe zadanie: kupić jeden znaczek pocztowy, list krajowy, priorytet. Udałam się zatem do osiedlowej placówki Poczty Polskiej, tak małej, że swobodnie mieszczą się w niej góra 4 osoby na raz. A tam niestety kolejka... 5 osób przede mną. Ludwiczka akurat była bardzo zmęczona, tak bardzo, że, aby zasnąć potrzebowała sobie chwilę popłakać. Wobec tego faktu stanie w kolejce nawet tak niepozornej mogłoby ją tylko rozdrażnić wyznając zasadę, że ciągły ruch na spacerze przyczynia się do jej spokoju (i matki też), a zatrzymanie może spotęgować już wylewające się jak lawa z wulkanu łzy pełne ekspresji. Uznałam, że trzeba działać. Podeszłam do drugiej pani w kolejce i wręczyłam jej monety prosząc o kupienie znaczka. Ta zaskoczona, słysząc płacz nawet się nie zająknęła tylko przystała na mą prośbę. I wyszłam przed pocztę, aby się Mała nie zagotowała w wózku. W międzyczasie wyszedł do mnie Pan (trzeci z kolejki), który bardzo kulturalnie potwierdził czy faktycznie potrzebuję znaczka na list krajowy i priorytetowy. Chwilę później dostałam znaczek i resztę. Przykleiłam go na kopertę, która z miłym plaśnięciem wylądowała na dnie skrzynki pocztowej. Otworzyłam drzwi do lokalu i jeszcze raz uśmiechając się podziękowałam wszystkim. Serce rośnie od takiej zwyczajnej, drobnej, ludzkiej pomocy. 

Od świeżo uprasowanego obrusu bije miły zapach, zapach Ługi, preparatu w błękitnej butelce z białym spryskiwaczem, który sprawia, że prasowanie to czysta przyjemność. Kiedyś przypadkowo odkryłam go na półce w supermarkecie i od tego czasu jestem jego fanką. I nie jest to żadna kryptoreklama po prostu lubię ten zapach. Na dzisiejszy dzień w kalendarzu adwentowym było przewidziane ambitne zadanie: "czas na świąteczne porządki". Małej humor dopisał i udało mi się sprawnie ogarnąć mieszkanie podczas gdy Ludwiczka urządzała sobie popołudniową drzemkę. 
Na kolację była tarta vel klimat świąteczny, nietypowa, bo z buraków na kruchym wytrawnym cieście. Przyprawiona octem balsamicznym, ziołami i świeżo mielonym pieprzem z gdzieniegdzie przewijającymi się kawałkami orzechów włoskich. Miło z jej strony, że zechciała się upiec, bo w trakcie pieczenia nie zauważyłam, że płomień w gazowym piekarniku zgasł. Odpaliłam go ponownie i tarta mimo przerwy w dostawie temperatury się udała :)
Wyjęłam z szafki bożonarodzeniowe dekoracje, a wśród nich drewnianego konika. Kupowałam go w zeszłym roku wiedząc już, że we mnie rośnie Malutka Istotka. Spodobał mi się od pierwszego wejrzenia: mały, drewniany, na czterech kółkach, malowany.. Od narodzin Małej Lu jestem przy Niej przez całą dobę, obserwuję Ją na okrągło z małymi wyjątkami kiedy śpię między nocnymi karmieniami. A ona rośnie nie wiadomo kiedy. Robi się coraz dłuższa, kilka dni temu opuściliśmy łóżeczko o jeden poziom w dół, na bieżąco odkładam za małe ubranka. Kiedy czas tak mija? Godzina, doba, dzień, tydzień, miesiąc.. czy tylko mi się wydaje, że kula ziemska przyspieszyła? Jak chwasty odrzucam wspomnienia zmęczenia i trudnych dni, a kolekcjonuję te najpiękniejsze jak perły chwile szczęścia. A za rok pewnie drewniany konik wpadnie w małe rączki słodkiej dziewczynki kroczącej ku choince kaczym chodem :)

No comments:

Post a Comment